Lustracja

Definicje, opinie, komentarze

Lustracja dziennikarzy


Artykuły:

Lustracji dziennikarzy nie będzie

za: www.polskiejutro.com, 21-28.3.2005

Historia III Rzeczpospolitej wyraziście pokazała, zwłaszcza w ostatnich latach, iż wysokonakładowe pismo, chętnie słuchana rozgłośnia radiowa albo popularna telewizja mają na opinię społeczną (m.in. na decyzje wyborców) wpływ często większy niż sławne autorytety, pierwszoplanowi politycy, a nawet całe partie. Widać też jasno, że - gdy idzie o rolę opiniotwórczą - nie ma między mediami publicznymi a prywatnymi różnic innych niż te, które wynikają z liczby odbiorców danej gazety, radia czy stacji telewizyjnej. To jest racja rozumowa. Donoszenie na kolegów (pełnienie w danym środowisku funkcji obcego oka i ucha) zawsze było w polskiej i europejskiej kulturze oceniane wysoce nagannie. Wysługiwanie się niedemokratycznej władzy w niesuwerennym państwie tylko tę ujemną ocenę zaostrza. To jest racja ideowo-moralna.

Listy agentów UB i SB mogą być znane osobom formalnie nie należącym dziś do elit władzy, lecz dysponującym ogromnymi realnymi wpływami biznesowymi, powiązań gangstersko-mafijnych nie wyłączając. Jest też wysoce prawdopodobne, iż groźną wiedzę na temat tajnych współpracowników służb specjalnych PRL posiadają rozmaite Mossady, EmAjFajfy, KaGieBe, SiAjEj czy inne dyskrecjonalne formacje innych państw, niekoniecznie przyjaznych Polsce. To jest racja obywatelsko-patriotyczna.

Trzy powyższe racje przemawiają za lustracją w ogóle. Za lustracją dziennikarzy przemawia odpowiedź na pytanie, gdzie bezpieka na całym świecie lokuje swoich agentów przede wszystkim? Wśród opozycji politycznej (z przyczyn oczywistych) oraz wśród żurnalistów - ze względu na specyfikę tego zawodu, którą jest zbieranie i rozpowszechnianie informacji i opinii. Logika i statystyka podpowiadają zatem, że odsetek sekretnych kooperantów specsłużb PO ZMIANIE USTROJU musi być wśród dawnych opozycjonistów oraz wśród dziennikarzy znacznie wyższy, niż "środowiskowa przeciętna krajowa".

W Polsce po 1989 roku o objęcie lustracją dziennikarzy starało się wielu członków tego środowiska. Dość przypomnieć skierowane do Sejmu głośne apele z 1996 i 1999 roku, a także złożony do laski marszałkowskiej projekt nowelizacji ustawy lustracyjnej z 2001 roku. Niestety, wszystkie te spontaniczne obywatelskie wysiłki nie powiodły się, ponieważ nie uzyskały wsparcia ani od mediów, ani od dziennikarskich organizacji, ani od ugrupowań politycznych. Dziś, gdy za sprawą red. Wildsteina lustracja wróciła na pierwsze strony gazet, w ekspresowym tempie do laski marszałkowskiej wpłynęło już bodaj pięć różnych projektów nowelizacji ustawy lustracyjnej. Te partie, które podług sondaży wkrótce przejmą władzę (PO + PiS), zamierzają lustracji poddać również "redaktorów naczelnych, ich zastępców, redaktorów, oraz kierowników oddziałów regionalnych" mediów publicznych i prywatnych. Gdyby to zostało uchwalone, taka kontrola objęłaby m.in. cztery gazety codzienne ("Fakt", "Gazetę Wyborczą", "Rzeczpospolitą" i "Super Express") i cztery tygodniki ("Newsweek", "Nie", "Politykę" i "Wprost"), zajmujące w swych kategoriach ponad 90% rynku, oraz dwa najpopularniejsze prywatne radia ("RMF", "Zet") i takież dwie telewizje ("Polsat" i "TVN").

Ale czy uchwalone będzie? Śmiem wątpić. Jawną lub słabo skrywaną wrogość wobec propozycji ujawnienia tajnych współpracowników bezpieki wśród dziennikarzy demonstruje cały pokrągłostołowy układ potężnych sił i interesów. Oto wydarzenie drobne, lecz znamienne. Pod koniec lutego 2005 roku w warszawskiej siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich odbywa się wielka debata na temat lustracji żurnalistów. Przychodzi (liczyłem) sto dwadzieścioro Koleżanek i Kolegów, nazwiska dyskutantów takie, że klękajcie narody: JE ksiądz Józef arcybiskup Życiński, prezes IPN profesor Leon Kieres, pani doktor Barbara Fedyszak-Radziejowska, obrady prowadzi Grzegorz Miecugow, atmosfera gorąca, sala z przejęciem słucha takich sław, jak Teresa Bochwic i Janina Jankowska, jak Maciej Iłowiecki, Tomasz Wołek i Piotr Zaremba, odczytują list od samego Stefana Bratkowskiego, a na okrasę swymi "praktycznymi uwagami" dzieli się wybitny znawca dziejów najnowszych prof. Andrzej Paczkowski. Radiowe magnetofony wszystko nagrywają, a telewizyjne kamery kręcą.

I co nazajutrz? Nic. Żadnej debaty nie było. Ani słowa w radiu, ani w telewizji, ani w gazetach, ani w tygodnikach (proszę mnie poprawić, jeśli coś przeoczyłem). Kamień w wodę, czarna dziura, nos w sos nogi w pierogi, temat tabu. Jakby na Mysiej wciąż działała cenzura...

Powiem Państwu, co wyjdzie z lustracji dziennikarzy: nici. Dlaczego? Ponieważ gra idzie o życie. Rozumuję tak. Demokrację monteskiuszowską (parlament, rząd sądownictwo) w III Rzeczpospolitej coraz bardziej zastępuje oligarchia medialna - czyli ustrój oparty na niejawnych i nieformalnych układach biznesowo-politycznych, w którym ważny redaktor jest ważniejszy od posła, ważny nadredaktor od ministra, a właściciele i dysponenci czołowych pism i anten od prezydenta, premiera i prymasa razem wziętych. To dla obywateli źle - również dlatego, że dziennikarze oraz inni ludzie mediów nie pochodzą z demokratycznego nadania i za swą działalność nie ponoszą praktycznie żadnej odpowiedzialności. Nadto, według świadectw Michnika i Siemiątkowskiego, tajni współpracownicy UB i SB wniknęli w środowisko żurnalistyczne tak głęboko i było ich w PRL tak wielu, że obecna lustracja mogłaby niejedną redakcję doprowadzić na skraj kadrowego bankructwa. Same media nie kiwną palcem, by ów niedobry stan rzeczy zmienić (nikt nie podcina gałęzi, na której siedzi). Podobnie z organizacjami dziennikarskimi: dla zachowania pozorów chętnie uchwalą uchwałę albo nawet zwołają zebranie - i na tym poprzestaną. Politycy zaś w roku wyborczym nie uczynią niczego, czym mogliby mediom podpaść.

Kółko się zamyka. Lustracji dziennikarzy nie będzie. Ale trzeba zrobić bardzo dużo hałasu, aby wszystko zostało po staremu. (18.03.05)

Stanisław Remuszko, www.remuszko.pl

P.S. Nie mam nic przeciwko najnowszym poselskim pomysłom rozszerzenia lustracji na radnych, oficerów wojska i policji oraz radców prawnych (w sumie ponad 100 000 osób). Uważam jednak, iż wszyscy oni razem wzięci nie mają na społeczeństwo takiego wpływu jak kilkuset-, a może nawet tylko kilkudziesięcioosobowa grupa dziennikarzy (oraz kierownictwo) najważniejszych mediów.

do góry strony góra

Zaczadzony umysł dziennikarskich gwiazd

za: Rzeczpospolita, 12.03.2007

Składanie w ambasadzie amerykańskiej oświadczenia, że nie jest się dziwką, alfonsem ani terrorystą, dziennikarzy jakoś nie upokarzało, a składanie państwu polskiemu oświadczenia, że nie było się konfidentem bezpieki, upokarza tak, że gorzej nie można? - pyta publicysta “Rzeczpospolitej”

Czy jesteś narkomanem, prostytutką albo stręczycielem? Czy byłeś, jesteś bądź zamierzasz się angażować w działalność terrorystyczną? Czy podlegałeś śledztwu w sprawie zbrodni nazistowskich? - to tylko niektóre pytania, na jakie odpowiada każdy ubiegający się o amerykańską wizę. Nie słyszałem nigdy, aby którykolwiek z naszych dziennikarzy czy pracowników naukowych odmówił wypełnienia tego formularza. Dotyczy to także liderów i uczestników nabierającej rozpędu akcji odmowy składania oświadczeń lustracyjnych, z których znakomita większość w USA bywała, a pozostali nigdy pryncypialnie możliwości wyjazdu nie odrzucali.

Jak pogodzić to z argumentacją antylustratorów? Składanie Wujowi Samowi oświadczenia, że nie jest się dziwką, alfonsem ani terrorystą, jakoś ich nie upokarzało - a składanie Rzeczypospolitej oświadczenia, że nie było się (bądź: było się, bo przecież i tak można) konfidentem bezpieki, upokarza tak, że gorzej nie można, że muszą się przeciwko temu upokorzeniu odwoływać do akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa?

Nic nowego

Oświadczenie lustracyjne, wbrew temu, co twierdzą zwolennicy bojkotu, nie stawia osoby je składającej na pozycji podejrzanego. Wręcz przeciwnie; gdyby państwo traktowało obywateli jako podejrzanych, sprawdzałoby ich, a nie zakładało prawdomówność.

Oświadczenie takie nie jest zresztą instrumentem nowym. Od dawna składają je wszyscy kandydaci na posłów i senatorów, także ci z piękną opozycyjną kartą. Myślę, że Bogdan Borusewicz czy Zbigniew Romaszewski mieliby większe od dziennikarskich gwiazd prawo oburzać się, że ktoś śmie ich pytać o przeszłość. Ale jakoś się nie oburzali.

Oświadczenia lustracyjne złożyła większość dziennikarzy niemieckich, w tym praktycznie wszyscy z terenów byłej NRD. Fakt, że czynili to nie z mocy ustawy, ale na żądanie pracodawców, jest może jakimś argumentem w sporze o kształt prawa lustracyjnego, ale co do kwestii rzekomego “zapewniania, że się nie jest wielbłądem” nie zmienia niczego.

Oświadczenia lustracyjne składali także adwokaci - na mocy decyzji swojego zawodowego samorządu. Po podjęciu tej decyzji stu kilkudziesięciu członków palestry przeniosło się cichcem do korporacji radców prawnych, która swoim członkom takiego wymogu nie stawia, ale żaden z nich nie odmówił złożenia oświadczenia, twierdząc, że to go jako adwokata poniża.

Upokorzone środowisko

Niektórzy z uczestników i kibiców bojkotu przywiązują wielką wagę do faktu, że obowiązek składania oświadczeń wynika z ustawy, nie zaś z inicjatywy środowiska. Ten argument wydaje mi się równie pretekstowy jak rzekome “upokorzenie” - wiadomo, że w tych środowiskach nie istnieje żaden powszechnie szanowany samorząd zawodowy, który mógłby sprawę załatwić.

W ogólnej degrengoladzie naszego życia publicznego korporacja adwokacka była wyjątkiem, regułą jest to, co zaprezentowali radcy prawni. Argument “niech dziennikarze lustrują się sami” w praktyce oznacza odłożenie sprawy “na świętej Nigdy”.

Nie można także uznać sensowności twierdzenia, że żądanie oświadczeń z mocy ustawy to jakaś niedopuszczalna ingerencja państwa w dziennikarską wolność i naruszenie fundamentalnej dla demokracji niezależności tego środowiska. Ustawa lustracyjna wprowadza tylko procedury i rząd nie ma żadnej możliwości ingerowania w nie na czyjąś korzyść bądź niekorzyść.

Mówiąc krótko - argumentacja zwolenników bojkotu jest w oczywisty sposób nieskładna, naciągana, a momentami wręcz kłamliwa, i wydaje się oczywiste, że w całej akcji nie chodzi o to, co jej zwolennicy deklarują.

Sadzenie lasu

O co zatem? Chestertonowski ksiądz Brown uczył, że mądry człowiek stara się ukryć liść w lesie, a jeśli nie ma w pobliżu lasu, mądry człowiek stara się go zasadzić. Demagogia, mająca na celu skłonienie jak największej liczby dziennikarzy czy naukowców do bojkotu prawa lustracyjnego, nie jest pierwszą próbą takiego właśnie zasadzenia lasu.

W sprawach lustracji istnieje już pewna rutyna, zgodna zresztą ze szkoleniem na wypadek demaskacji, jakiego udzielała swym konfidentom bezpieka. Każdy zdemaskowany zaprzecza, że w ogóle nie rozmawiał. Kiedy znajdą dowody, że rozmawiał, twierdzi, że nic nie podpisywał. Gdy znajdą się podpisy, mówi, że owszem podpisał, ale nie donosił i nie brał pieniędzy. A jeśli znajdą się i donosy, i pokwitowania - że pisał o głupstwach i nikogo nie skrzywdził.

Ludziom, którzy nie wiedzą na razie, ile z ich teczek się zachowało, akcja bojkotu i rozmaite sztuczki prawne, w rodzaju tych wymyślonych przez kierownictwo “Gazety Wyborczej”, mają pozwolić dotrwać do chwili opublikowania danych z IPN, co z kolei pozwoli im wybrać odpowiednią opcję z powyższej listy.

Zrównywanie prawa demokratycznej Polski z reżimem PRL, demagogia o “lojalkach IV RP” etc. to zachowania głupie i podłe, świadczące o umysłowym zaczadzeniu znacznej części naszych tzw. elit intelektualnych. Przykre, że w imię jakiejś przedziwnej salonowej perwersji w obronę tak złej sprawy angażują się niekiedy osoby skądinąd zacne.
Rafał A. Ziemkiewicz

do góry strony góra